niedziela, 24 listopada 2013

Istniec, czy nie istniec? Oto jest pytanie.

Chwila obecna, przypuśćmy jakiś 111 rok (w celu odnoszenia się do wydarzeń z życia Larysy), połowa listopada, niedziela.

     Larysa, tak mam na imię. Dwadzieścia, tyle mam lat. Mój wzrost jest przeciętny, budowa ciała szczupła (część osób stosuje określenie „filigranowa”), włosy długie i brązowe. Urodą nie powalam na kolana, ale także nie odrzuca ode mnie ludzi na kilometr. Mieszkam w małej mieścinie, którą zwykłam nazywać Wioską. Studiuję w większej (T-miasto). Nie jestem nikim szczególnym. Nie potrafię śpiewać, tańczyć, rysować, gotować… Nie jestem zbyt dobra w żadnej dziedzinie. Jestem introwertykiem, który potrzebuje herbaty i laptopa do pisania. Nie mam ochoty wychodzić z pokoju. Bezpieczne, białe ściany, łóżko, muzyka i ja.

     Ostatnio trochę chorowałam. Jestem chorowita. Cały tydzień gorączka nieznanej przyczyny. Lekarze bezradni lub beznadziejni lub próbujący zrobić ze mnie wariatkę, która uroiła sobie dolegliwości. Trzy tygodnie na zwolnieniu od psychiatry pozostawia za sobą ślady.  Nie pomogli, bo mój lekarz znajduje się w innym województwie i znaleźli tysiące wymówek, żeby pomocy nie udzielić. Ostatnią poradę jaką usłyszałam:

Proszę udać się do lekarza rodzinnego. Jak to nie ma pani tu lekarza rodzinnego? W takim razie niech pani jedzie do T-miasta.

     Niedawno stwierdzono u mnie depresję. Moja rodzina, do czasu kiedy oficjalnie mnie to nie spotkało, nie miała w słowniku tego pojęcia. Zmienili słownik.

     Nie czuję w sobie żadnej energii, ledwo trzymam się na nogach. Cały dzień w piżamie. A po co przebierać się, skoro nie wychodzi się dalej niż do kuchni lub łazienki?  Bezsens. W nic nie wierzę, nic nie ma sensu. Po nadziei na cokolwiek pozostał sam fakt, że ona była.

     Jutro rano muszę pojechać do większej mieściny, odwiedzić psychologa i… wrócić na zajęcia. Jestem tysiąc lat świetlnych za innymi studentami. Uniwersytet wykańcza. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, tłumaczyć czemu mnie nie było, o ile w ogóle ktoś zauważył moją nieobecność prócz prowadzących przedmioty z listami obecności. Nie mam ochoty oglądać mojej współlokatorki, która będzie siedziała w naszym pokoju w akademiku ze swoim chłopakiem cały wolny czas oglądając seriale, kłócąc się z nim o swoje racje nie mając racji i strzelając miliard fochów na prawo i lewo, bo nic się nie stało i jęcząc jak jej nudno i jak to bardzo poszłaby coś robić. Najbardziej boli mnie jednak, że są ze sobą blisko i okazują sobie dużo czułości. Mam wtedy ochotę strzelić sobie na czole napis „nie mam ochoty Was oglądać, idźcie mnie boleć gdzie indziej”. Tak, zazdroszczę.

     Tam też jestem sama, tam też nie mam nikogo. Wszędzie dookoła brak energii i ból. Tu mam chociaż rodziców, a teraz muszę wyjechać. Łzy napływają mi do oczu. Jutro w pociągu też napłyną.

Do jutra.

Tęsknię.

_______________
Właśnie stworzyłam bohaterkę i jej świat. Poczekamy, zobaczymy co będzie, co jest i co było ha!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz