Larysa, tak mam na imię. Dwadzieścia, tyle mam lat. Mój wzrost jest przeciętny, budowa ciała szczupła (część osób stosuje określenie „filigranowa”), włosy długie i brązowe. Urodą nie powalam na kolana, ale także nie odrzuca ode mnie ludzi na kilometr. Mieszkam w małej mieścinie, którą zwykłam nazywać Wioską. Studiuję w większej (T-miasto). Nie jestem nikim szczególnym. Nie potrafię śpiewać, tańczyć, rysować, gotować… Nie jestem zbyt dobra w żadnej dziedzinie. Jestem introwertykiem, który potrzebuje herbaty i laptopa do pisania. Nie mam ochoty wychodzić z pokoju. Bezpieczne, białe ściany, łóżko, muzyka i ja.
Ostatnio
trochę chorowałam. Jestem chorowita. Cały tydzień gorączka nieznanej przyczyny.
Lekarze bezradni lub beznadziejni lub próbujący zrobić ze mnie wariatkę, która
uroiła sobie dolegliwości. Trzy tygodnie na zwolnieniu od psychiatry pozostawia
za sobą ślady. Nie pomogli, bo mój
lekarz znajduje się w innym województwie i znaleźli tysiące wymówek, żeby
pomocy nie udzielić. Ostatnią poradę jaką usłyszałam:
Proszę udać się do
lekarza rodzinnego. Jak to nie ma pani tu lekarza rodzinnego? W takim razie niech
pani jedzie do T-miasta.
Niedawno
stwierdzono u mnie depresję. Moja rodzina, do czasu kiedy oficjalnie mnie to
nie spotkało, nie miała w słowniku tego pojęcia. Zmienili słownik.
Nie
czuję w sobie żadnej energii, ledwo trzymam się na nogach. Cały dzień w
piżamie. A po co przebierać się, skoro nie wychodzi się dalej niż do kuchni lub
łazienki? Bezsens. W nic nie wierzę, nic
nie ma sensu. Po nadziei na cokolwiek pozostał sam fakt, że ona była.
Jutro
rano muszę pojechać do większej mieściny, odwiedzić psychologa i… wrócić na
zajęcia. Jestem tysiąc lat świetlnych za innymi studentami. Uniwersytet
wykańcza. Nie mam ochoty z nikim rozmawiać, tłumaczyć czemu mnie nie było, o
ile w ogóle ktoś zauważył moją nieobecność prócz prowadzących przedmioty z
listami obecności. Nie mam ochoty oglądać mojej współlokatorki, która będzie
siedziała w naszym pokoju w akademiku ze swoim chłopakiem cały wolny czas
oglądając seriale, kłócąc się z nim o swoje racje nie mając racji i strzelając
miliard fochów na prawo i lewo, bo nic się nie stało i jęcząc jak jej nudno i
jak to bardzo poszłaby coś robić. Najbardziej boli mnie jednak, że są ze sobą
blisko i okazują sobie dużo czułości. Mam wtedy ochotę strzelić sobie na czole
napis „nie mam ochoty Was oglądać, idźcie mnie boleć gdzie indziej”. Tak,
zazdroszczę.
Tam też
jestem sama, tam też nie mam nikogo. Wszędzie dookoła brak energii i ból. Tu
mam chociaż rodziców, a teraz muszę wyjechać. Łzy napływają mi do oczu. Jutro w
pociągu też napłyną.
Do jutra.
Tęsknię.
_______________
Właśnie stworzyłam bohaterkę i jej świat. Poczekamy, zobaczymy co będzie, co jest i co było ha!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz