Chwila obecna, rok 111, początek grudnia, poniedziałek.
I znów, znów nie wiem co mam ze sobą począć. Wracam do T-miasta. Będę spóźniona na zajęcia, bardzo. Co najmniej pół godziny na laboratorium ogólnouniwersyteckie. A pobiegnę tam z plecakiem i wszystkimi rzeczami. Będę wyglądać jak przygotowana co najmniej na apokalipsę zombie. Nie wiem czemu, ale nie mogłam przekonać siebie, do pojechania wcześniej rano tak, żeby na wszystko spokojnie zdążyć. Może dlatego, że na tych studiach przestało mi już zwyczajnie zależeć. Co mam zrobić? Zaczęłam rano czytać trochę o urlopach dziekańskich. Ale na mojej uczelni to nie takie proste. Muszą zebrać całą komisję, żeby stwierdzić, że nie jestem zdrowa.
Depresja, znów używam tego słowa. Nienawidzę go. Określenie na brak chęci do życia i podejmowania jakichkolwiek działań. Nie mam pojęcia co ze sobą zrobić. Najchętniej wróciłabym już do domu, a mamy poniedziałek. Rano pożegnałam się z mamą mówiąc "do zobaczenia w piątek", od razu uprzedzając ją z góry, że wracam na weekend.
Czuję się źle, nie mam ochoty w ogóle chodzić na zajęcia. Wydaje mi się to poroniony pomysł, biorąc pod uwagę, że totalnie nie mogę się skupić. "Skupienie" to dla mnie pojęcie czysto abstrakcyjne. Szukam sposobu na wygrzebanie się z tego bagna, w które wpadłam. Nawet uczyłam się trochę w weekend, ale nie z tego, z czego mam dziś kolokwium. Uczyłam się na inny przedmiot, również ważny. I tylko właśnie programowanie udawało mi się jeszcze względnie ogarniać. A bazy danych? Nie mając dostępu do odpowiedniego oprogramowania, bo jak zawsze mój komputer buntuje się przeciwko właścicielce i znając życie dostęp do swojej bazy danych zacznę mieć po egzaminie z tego przedmiotu. Po prostu cudownie. Mój telefon też żyje własnym życiem. Gdybym jeszcze tylko mogła jakoś ogarnąć studia, albo chociaż zrobić sobie przerwę, która nie będzie miała żadnych konsekwencji..
W przyszłym tygodniu mam wizytę u psychiatry i u psychologa. Zastanawiam się, czy nie odpuścić sobie część zajęć. Nie mam siły, boję się tam pojawić i znów czuć na sobie godne politowania spojrzenie prowadzących, gdy mam problem z napisaniem poprawnie funkcji. Jestem po prostu żałosna i czuję się beznadziejnie. A w zeszłym semestrze, o ironio miałam z programowania 5. Ciągle mam obawy, że prowadzący pomyśli sobie, że oszukiwałam wtedy... W końcu teraz mam problemy z nauką.
Jestem wrakiem człowieka. Żałosne. Czuję się żałośnie i nie mam ochoty wstawać z łóżka. Taaak, łóżko mnie w pełni rozumie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz