sobota, 14 grudnia 2013

Bezsennosci ciag dalszy

Dzień później noc sobota/niedziela

Prawie trzecia nad ranem, a mi nie chce się spać. Nie mam ochoty. Miałam pojechać w końcu do domu, bo już dwa tygodnie jestem w T-mieście. Wczoraj około 5 rano napadł mnie ostry ból brzucha i nie mogłam podnieść się z łóżka, bo mnie tak zginało. Nie pojechałam i nie wiem kiedy pojadę.
Moja współlokatorka śpi. Nie siedzę na ts, żeby jej nie przeszkadzać. Tylko słucham sobie przez słuchawki Lany del Rey, taka spokojna, usypiająca muzyka. Z reguły słucham rocka i metalu, ale czy reguły są aż tak ważne?
Nie mogę spać, nie mogę zasnąć, nie chce mi się myśleć o tym, co nastąpi. Wydaje mi się jednak, że w obecnej sytuacji jest już nieco lepiej. Prawie już przestałam myśleć o moim ostatnim chłopaku, znajomość krótka, ale cóż... Zapadająca w pamięć. Szczególnie, że zalicza się do kategorii spraw niewyjaśnionych, które lubią o sobie czasem dać znać. Staram się nie brać już tego tak do siebie.
Wszystko dzięki moim przyjaciołom, którzy wspierają mnie w tej trudnej dla mnie sytuacji. Szczególnie dlatego, że bez nich nie dałabym rady. Kiedy mnie pocieszali, potrząsali mną i próbowali przywrócić do pionu... Serdecznie im za to dziękuję. I wiem, że pewnie jeśli teraz wydaje mi się, że jest nieco lepiej, to niedługo znów się coś spieprzy i znów będę potrzebowała ich pomocy, nawet nieświadomie.
Rola przyjaciół w takich momentach jest niesamowicie wielka. Jeśli się ich nie ma, można oszaleć. Oni również mogą ze mną oszaleć. Ale jak jedno oszaleje, drugie je zastąpi. Tak na przykład mają moi rodzice. Jeśli jedno mnie nie do końca rozumie, drugie je zastępuje z łatwością. Sytuacje kiedy oboje się ze mną nie zgadzali, można policzyć raczej na palcach jednej ręki.
A teraz w zasadzie siedzę sama, bo wszyscy śpią...
Noc to taka magiczna pora, kiedy jak niektórzy leżą w łóżkach, ja siedzę przed komputerem, albo z książką, albo coś innego robię... Ale nie śpię. Od kilku dni. Jeszcze jakiś miesiąc temu, idąc do psychiatry odczuwałam senność całymi dniami, tak teraz zupełnie nie chce mi się spać. Czasem wydaje mi się, że mogę się już położyć, ale jak położę się, to jednak nie mogę zasnąć. Chciałoby się to zmienić, ale nie potrafię na razie. Nie wiem jak się za to zabrać. Na razie po prostu nie będę spała...

piątek, 13 grudnia 2013

Bezsennosc

Rok 111, połowa grudnia, noc piątek/sobota

Znów czuję się dziwnie. Miałam dziś całkiem dobry humor. Nawet mam urlop zdrowotny na obecny rok akademicki. Wracam na drugi rok w przyszłym roku. Czuję, że to jedna z moich najlepszych decyzji. Chociaż ma swoje wielkie minusy.
Wracając do pierwszego zdania, czuję się dziwnie. Jest noc, tak pierwsza w nocy. Kwadrans po pierwszej. Nie mogę spać, od kilku nocy powtarza się to notorycznie.
Zaczęłam brać kolejne leki, czuję się po nich względnie dobrze, w porównaniu z poprzednimi. Tylko suchość w ustach, nudności i ciężkość na żołądku. I tak dostałam małą dawkę, a mój organizm już średnio to znosi. Chyba nie lubi się z antydepresantami.
I bezsenność.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Czasem tylko lozko mnie rozumie.

Chwila obecna, rok 111, początek grudnia, poniedziałek.

     I znów, znów nie wiem co mam ze sobą począć. Wracam do T-miasta. Będę spóźniona na zajęcia, bardzo. Co najmniej pół godziny na laboratorium ogólnouniwersyteckie. A pobiegnę tam z plecakiem i wszystkimi rzeczami. Będę wyglądać jak przygotowana co najmniej na apokalipsę zombie. Nie wiem czemu, ale nie mogłam przekonać siebie, do pojechania wcześniej rano tak, żeby na wszystko spokojnie zdążyć. Może dlatego, że na tych studiach przestało mi już zwyczajnie zależeć. Co mam zrobić? Zaczęłam rano czytać trochę o urlopach dziekańskich. Ale na mojej uczelni to nie takie proste. Muszą zebrać całą komisję, żeby stwierdzić, że nie jestem zdrowa.

     Depresja, znów używam tego słowa. Nienawidzę go. Określenie na brak chęci do życia i podejmowania jakichkolwiek działań. Nie mam pojęcia co ze sobą zrobić. Najchętniej wróciłabym już do domu, a mamy poniedziałek. Rano pożegnałam się z mamą mówiąc "do zobaczenia w piątek", od razu uprzedzając ją z góry, że wracam na weekend.

     Czuję się źle, nie mam ochoty w ogóle chodzić na zajęcia. Wydaje mi się to poroniony pomysł, biorąc pod uwagę, że totalnie nie mogę się skupić. "Skupienie" to dla mnie pojęcie czysto abstrakcyjne. Szukam sposobu na wygrzebanie się z tego bagna, w które wpadłam. Nawet uczyłam się trochę w weekend, ale nie z tego, z czego mam dziś kolokwium. Uczyłam się na inny przedmiot, również ważny. I tylko właśnie programowanie udawało mi się jeszcze względnie ogarniać. A bazy danych? Nie mając dostępu do odpowiedniego oprogramowania, bo jak zawsze mój komputer buntuje się przeciwko właścicielce i znając życie dostęp do swojej bazy danych zacznę mieć po egzaminie z tego przedmiotu. Po prostu cudownie. Mój telefon też żyje własnym życiem. Gdybym jeszcze tylko mogła jakoś ogarnąć studia, albo chociaż zrobić sobie przerwę, która nie będzie miała żadnych konsekwencji..

     W przyszłym tygodniu mam wizytę u psychiatry i u psychologa. Zastanawiam się, czy nie odpuścić sobie część zajęć. Nie mam siły, boję się tam pojawić i znów czuć na sobie godne politowania spojrzenie prowadzących, gdy mam problem z napisaniem poprawnie funkcji. Jestem po prostu żałosna i czuję się beznadziejnie. A w zeszłym semestrze, o ironio miałam z programowania 5. Ciągle mam obawy, że prowadzący pomyśli sobie, że oszukiwałam wtedy... W końcu teraz mam problemy z nauką.

     Jestem wrakiem człowieka. Żałosne. Czuję się żałośnie i nie mam ochoty wstawać z łóżka. Taaak, łóżko mnie w pełni rozumie…